Dnia 21 maja 2014 r. w Miejskim Ośrodku Kultury w Zambrowie odbył się już po raz kolejny konkurs na Mistrza Ortografii Szkół Podstawowych. Uczestnikami konkursu byli uczniowie z powiatu zambrowskiego oraz szkół miejskich, którzy przybyli wraz ze swoimi opiekunami.
Konkurs został przeprowadzony w dwóch turach. Pierwsze dyktando pod tytułem „Henryk i żółwie” napisało dziewięcioro uczniów z klas I – III, zaś ośmioro uczniów z klas IV – VI zmagało się z ortograficznym sprawdzianem pod tytułem „Pielgrzymkowy pejzaż”.
Oba dyktanda zostały przygotowane przez Panią Jolantę Chrostowską – Sufa, która jest nauczycielem dyplomowanym języka polskiego, a na co dzień pracuje w Miejskiej Bibliotece Publicznej w Zambrowie.
W ciągu dwóch tygodni poznamy zwycięzcę konkursu na Mistrza Ortografii Szkół Podstawowych, o czym z pewnością poinformujemy na łamach portalu internetowego zambrowiacy.pl.
Do artykułu załączamy teksty dyktand, z którymi przyszło się dziś zmierzyć uczniom. Zapraszamy do obejrzenia galerii zdjęć.
Kl. I―III
Henryk i żółwie
Henryk Chrabąszcz był żwawym mężczyzną. Nie grzeszył urodą, ale wyróżniał się kłótliwym charakterem. Od dwóch lat komponował hymn na harfę. Ów hejnał zamierzał wkrótce odegrać z historycznej wieży strażackiej. Jego synem był hardy Jerzy. Wraz z druhną Hanną, córką wujka Józefa, opiekował się drużyną zuchów. Żona Chrabąszcza, Honorata, zajmowała się hodowlą żółwi. Z przymrużeniem oka traktowała humory swarliwego małżonka. Pan Chrabąszcz nie przepadał za niemrawym stadkiem pani Honoraty. Skrycie marzył o tym, by pozbyć się gadów, które były chlubą jego wrażliwej żony. Żywy temperament staruszka kłócił się z żółwią naturą. Starzec odważnie chłonął rzeczywistość. Żółwie z kolei chroniły się przed zagrożeniem pod kształtnym pancerzem. On lubił hałas i wrzawę, one pożądały spokoju. Czy poczciwe zwierzątka w przyszłości zasłużą na zachwyt pana Chrabąszcza?
Kl. IV―VI
Pielgrzymkowy pejzaż
Drużyna harcerzy ochoczo podążała na pielgrzymkę. Młodzież zahartowana w wędrówce nie zważała na trudy włóczęgi. Nagle za horyzontem zagrzmiało. Józek nasłuchiwał dłuższą chwilę, ale żadne hałasy nie zakłóciły wymarzonej pogody. Wokół panowała harmonia. Pokrzepiający wietrzyk buszował wśród bujnych konarów przydrożnej jarzębiny. Niepożądane chwasty prężyły smukłe łodygi pośród dojrzałej grzywy zbóż przyciągającej spojrzenia zuchów mnóstwem chabrów i maków. Pod rozłożystym baldachimem gałęzi przyczaiła się soczysta pokrzywa, dotkliwie parząc wrażliwą skórę pożarem bólu. Drużynowy Błażej chłonął urzekający pejzaż usiany czarnuszką polną i fiołkiem trójbarwnym. Rzeżusznik piaskowy kokietował pielgrzymów pierzastym haftem liści i bladoliliową koronką kwiatków. Kąkole pleniły się chaotycznie w złocistym morzu pszenicy. Tu i ówdzie na rozchwianych łodygach podrygiwały wiotkie rumianki. Roszpunki zarastały wierzchołki pagórków rozetą liści. Tuż pod ścianą lasu drzemały fontanny perzu, drżąc na wietrze żeberkami rachitycznych gałązek. Trzmiele zabrzęczały chórem na pożegnanie. Do Hodyszewa towarzyszyło harcerzom echo hymnu rozmodlonej przyrody.







